Dlatego żadna liczba pochlebstw, łącznie z mięsem armatnim wysłanym na pola Syrii i Iraku, nie przesłoni faktu, iż nasi rządzący strzelają kulą w płot wierząc, iż nasze relacje z Ameryką mogą przetrwać próbę demontażu demokratycznego państwa. Z definicji, ucieczka od demokracji w stronę autorytaryzmu, czyni nas w oczach naszego największego sojusznika państwem nieprzewidywalnym i niestabilnym. Tym bardziej, iż nasza obecna polityka zagraniczna coraz bardziej zaczyna przypominać czasy dwudziestolecia międzywojennego; pozbawiona wartości, strategii, utopiona w rodzimym bigosie realpolitik.
Być może tego rodzaju cyniczna dyplomacja sprawdza się do jakiegoś stopnia w kontaktach z parochialną Grupą Wyszehradzką; rozbudzanie nastrojów zimno-wojennych, niechęć do instytucji Europejskich, laicyzmu, emigrantów. Ale nie z Ameryką. I choć powrót geopolityki może i pewnie jest niepokojącym faktem ostatniej dekady, Polska, zachowująca się jakby Europa był na skraju wojny i upadku, stoi w tym procesie po złej stronie barykady.
Krótka lekcja geografii dla min. Waszczykowskiego. Między Wschodem a Zachodem nasz kraj jest płaski jak patelnia i nieraz już służył jako korytarz dla ościennych armii w ich geopolitycznych zmaganiach o euroazjatycki prymat. Od agresywnej Rosji dzieli nas Ukraina, której naród, na nasze szczęście, jak na razie wykazuje niebywałą wolę walki o swoją niepodległość. W takiej sytuacji prezydent Poroszenko powinien być codziennym gościem w Belwederze, a nie wysłuchiwać od naszych oficjeli o rzeziach wołyńskich.
Na Południu, mamy Czechów i jako rozszerzenie, Grupę Wyszehradzką. Historycznie—mało znaczących partnerów dla naszego bezpieczeństwa, podejrzewających nas od zawsze (często słusznie) o nieuzasadnioną “mocarstwowość”. Na Zachodzie, naszymi sąsiadami są zjednoczone Niemcy—kiedyś postrach, dziś filar demokratycznego eksperymentu opartego na uniwersalnych wartościach narzuconych po II wojnie światowej przez Stany Zjednoczone, zwanego Unią Europejską.
W jakim równoległym wszechświecie, nasza polityka zagraniczna powinna byś oparta na próbie izolacji, czy nawet demontażu UE w imię powrotu do XX w. geopolityki Europy z jej ostrymi podziałami, podejrzanymi traktatami i Polską służącą za sopockie molo dla kroczących armii? I kto jest autorem pomysłu, iż tego typu zwrot w naszej polityce europejskiej zostanie podżyrowany przez Stany Zjednoczone—głównego architekta obecnego porządku europejskiego?
Na szczęście pochlebstwa zostały zignorowane. Ameryka dała nam klapsa, pewnie nadal wierząc iż raczkujący potwór może z czasem wyróść na obiecującego młodzieńca. Czy to wystarczy, aby nasi rządzący obudzili się w końcu z koszmaru sur-realpolitk i opowiedzieli się po stronie wartości? Bez idealizmu nie ma przyszłości—tylko smutna rzeczywistość całkowitej izolacji.
