O autorze
Z zawodu finansista i prawnik, z zamiłowania pisarz i scenarzysta. Autor niedawno wydanej powieści “Browar”. Miłośnik psów, oceanu i dobrej tequilii - niekoniecznie w tej kolejności. Nieco narcystyczny, z wiekiem łagodniejszy w obyciu i oddany całkowicie przyjemnościom wieku średniego.

Tydzień patrioty

Rozpoczęcie roku to tradycyjnie dobry okres dla podejmowania nowych postanowień, porzucenia starych nawyków i sprowadzenia własnego życia na drogę cnoty. Kilku moich znajomych zdecydowało się rzucić palenie i ograniczyć spożywany alkohol. Sąsiadka oznajmiła mi, że od pierwszego stycznia przechodzi na ścisłą dietę. Mój pies, acz niechętnie, zdecydował się zwolnić kanapę w pokoju telewizyjnym. Otoczony tak jaskrawymi przykładami aktów silnej woli, nie mogłem pozostać obojętnym. Podjąłem wyzwanie. Ogłosiłem mojej rodzinie, że 2016 jest rokiem, w którym zamierzam stać się prawdziwym patriotą.

Dla tych, którzy sądzą, że jest to nic więcej, jak tylko żałosna wymówka dla nie robienia niczego, co wymagałoby osobistego wysiłku, mam jedną odpowiedź: chyba nie oglądacie telewizji, ani nie czytacie prasy. Patriotyzm ewoluował w ostatnich miesiącach kiedy wy byliście zajęci wyborem najlepszej marki elektronicznych papierosów, właściwych mieszanek dietetycznych, czy też decydowania między jogą, a spinningiem. Za sprawą większości, patriotyzm przestał być osobistą formą deklaracji lojalności wobec swojego kraju i współobywateli, a stał się kryterium lifestyle’owym (przepraszam, prawdziwy patriota nie użyłby tego słowa, co pokazuje ile wciąż pracy przede mną).



A większość nie może się mylić. I cóż, że Tocqueville sądził inaczej? Odrzucenie poglądów obcokrajowców należy do jednego z pierwszych kroków w drodze do prawdziwego patriotyzmu. (Nie będzie Francuz pluł nam w twarz, itd.). Prawdziwy patriota nie szpera w archaicznych wywodach na temat demokracji i zasad ustroju demokratycznego pisanych przez obcych nam kulturowo mądrali. Prawdziwy patriota wie, że demokracja to wybory. I referenda. To wszystko. Reszta jest histerycznym bełkotem mniejszości.

Prawdziwy patriota nie jeździ na rowerze. Moja żona przyjęła tę deklarację nad wyraz podejrzliwie, znając moją niechęć do piekielnej maszyny i weekendowych przejażdżek. Zapewniłem ją, że nie chodzi o żadną słabość, a co gorsze lenistwo, ale o prawdziwy akt miłości do ojczyzny. Rower nie jest polskim wynalazkiem i nie ma racji bytu na naszych drogach. Zapytała co z samochodem, skoro ten także nie należy do wytworów polskiej myśli technicznej. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że większość jeszcze nie zdecydowała.

Zacząłem jeść mięso wbrew zaleceniom mojej lekarki, która od piętnastu lat trzyma mnie na ścisłej diecie, z racji moich problemów kardiologicznych. I tłuszcze. Dużo tłuszczy. Przez telefon, nie przebierając w słowach, nazwała mój akt czystą głupotą i samobójstwem na raty. Wyjaśniłem jej, że prawdziwy patriotyzm wymaga poświęceń, czasem, nawet kosztem własnego życia. Odłożyła z trzaskiem słuchawkę. Nie muszę dodawać, że szybko znalazłem lekarza-patriotę, który utwierdził mnie w poprawności mojego wyboru i dodatkowo zdradził mi kulisy międzynarodowej konspiracji in-vitro.

Oglądam wyłącznie TV Republika, żeby być dobrze poinformowanym i poznać przyszłość mediów. I wspierać rząd, bo rząd musi być wspierany. Ignoruję sceptyczne komentarze moich przyjaciół, którzy sugerują, iż wsparcie rządu zależy od tego, na ile spełnia on oczekiwania obywateli. Jak każdy prawdziwy patriota, uważam tego typu stwierdzenie za chybione i małostkowe. Rząd jest wartością samą w sobie. Rząd jest po to, żeby rządzić, a nie spełniać czyjeś trywialne i niepatriotyczne żądania. Kiedy rząd obraduje, prawdziwy patriota siedzi cicho.

Choć nie na meczach piłki nożnej. Z tym nadal mam ogromne problemy. Oczywiście, zrozumiałem, że moja dawna pasja dla tenisa była przykładem zachodniego zniewieścienia i słabości, ale ciągle trudno mi, z racji przyzwyczajenia, zdobyć się na wykrzykiwanie wszystkich obowiązkowych, patriotycznych epitetów, które należy kierować na meczu w stronę drużyny przeciwnej. Szczególnie bliskość rodzin z dziećmi łamie moje patriotyczne postanowienia. Obiecuję się poprawić.

Zerwałem kontakty z moimi żydowskimi przyjaciółmi i powróciłem na łono Kościoła. Z ulgą dowiedziałem się, że nigdy go nie opuściłem. Ksiądz w mojej parafii wyjaśnił mi dobitnie, potwierdzając swój wywód naukowymi badaniami, iż żaden Polak, z definicji, nie jest w stanie opuścić Kościoła. Nawet ci, którzy sądzą, że go opuścili i twierdzą, jak i ja do niedawna, iż są ateistami, tak naprawdę są wiernymi a rebours. Kościół kocha ich nawet bardziej, niż tych którzy od zawsze byli mu lojalni. Nazwał to syndromem “czarnej owcy”, albo dogmatem Hosera. Dodatkowo zapewnił mnie, iż moja ofiara na tacy jest nie tylko patriotycznym aktem, ale i patriotycznym obowiązkiem.

Podsumowując pierwszy tydzień mojego noworocznego postanowienia, przyznaję z dumą, iż poczyniłem znaczne postępy w osiągnięciu wyznaczonego celu: odrzucenia zachowań najgorszego sortu i przyjęcia postawy patriotycznej. Oczywiście, czeka mnie jeszcze długa droga. Z niewyjaśnionych przyczyn zdarza mi się zdrzemnąć przed telewizorem w trakcie wywiadów z przedstawicielami rządu. Po wieczornej kolacji miewam problemy z niestrawnością i przyspieszonym oddechem. Jak już wspomniałem pewne słowa na „k” i „ch” nie chcą się wyrwać z moich patriotycznych ust kiedy obca nam kulturowo drużyna strzela gola. I wciąż nie pojmuję tej całej sprawy ze Świętą Trójcą i Jednością.

Pomimo ciągłych niedoskonałości mojej odmiany, moja praca nad sobą zaczyna przynosić pożądane rezultaty. Od tygodnia spoglądam z uzasadnioną wyższością na biegających i pedałujących wyznawców cieciorki i organicznego buraka. I kiedy jeden z tych dyszących agresją domokrążców WOŚP pojawił się wczoraj na moim progu, bez najmniejszego wahania, patriotycznie zepchnąłem go ze schodów.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...