Niektórzy mogą przyjąć tego typu postawę jako małostkową, ba, nawet haniebną. Ale nie sposób odmówić jej racjonalnych przesłanek. Bo nie jest tak, że patriotyzm, troska o ojczyznę i jej przyszłość objawia się za pomocą obiektywnie sprawdzalnych kryteriów. Zgoda, pozytywne zaliczenie testu smoleńskiego, udział w miesięcznicach, abonament Radia Maryja dają pewne wskazówki, co do jakości danego Polaka, ale skąd pewność, że nie ironizuje na temat rozdartej brzozy, nie filmuje skrycie wiernych okładających dziennikarza, albo że nie wykupił abonamentu dla swojej babci?
Rzecz miałaby się zupełnie inaczej, gdyby ów sort Polaków należących do najgorszej kategorii posiadał jakieś rozpoznawalne cechy fizyczne. Gdyby różnił się etnicznie od zdrowej reszty społeczeństwa. Gdyby nosił pejsy, albo chociaż jakąś opaskę wskazującą na przynależność do pod-standardowej grupy rodaków. Niestety, okazuje się że tak nie jest. Nie sposób stosować kryterium wieku, wzrostu, wagi, przynależności religijnej, edukacji, czy też miejsca zamieszkania. Wróg kryje się wszędzie. Nawet wśród tele-ewangelizujących przyjaciół.
Jeśli więc nie wiesz jak ich rozpoznać, przyłóż wszystkim, którzy mają czelność podważyć Dogmat. Szczególnie gdy sam jesteś Dogmatem, a nie nędznym prezydentem, czy premierem; żałosnymi funkcjonariuszami na usługach państwa i obywateli, spętanych restrykcjami tzw. demokracji. I kiedy zapukają w środku nocy do twoich drzwi, a zapukają, z wątpliwościami swoich małostkowych urzędów, nie wahaj się ani chwili—Bóg ich sam posortuje.
I cóż, że Dogmat może doprowadzić do rozkładu państwa, rozbioru jego demokratycznych instytucji, rozchwiania jego gospodarki, skłócenia rodzin, sąsiadów, przyjaciół… nawet do chaosu. Jeśli taka jest cena, jaką trzeba zapłacić za pozbycie się najgorszego sortu Polaków—niech i tak będzie. Nawet gdyby na końcu procesu miał pozostać tylko jeden, jedyny prawdziwy Polak, bez żadnej funkcji, bez rodziny, bez konta bankowego, nagi wśród zgliszczy, wysiłek nie pójdzie na marne.
