O autorze
Z zawodu finansista i prawnik, z zamiłowania pisarz i scenarzysta. Autor niedawno wydanej powieści “Browar”. Miłośnik psów, oceanu i dobrej tequilii - niekoniecznie w tej kolejności. Nieco narcystyczny, z wiekiem łagodniejszy w obyciu i oddany całkowicie przyjemnościom wieku średniego.

Jesień hejterów

Jak na razie jesień wydaje się ulubioną porą roku „hejterów”. Atakują z każdej możliwej platformy elektronicznej obrzucając październikowym błotem i innymi, sezonowymi plugastwami, mniej lub bardziej znane osoby życia publicznego. I pomimo pierwszych podmuchów mroźnego powietrza, postanowili zdjąć rękawiczki, czasem nawet kominiarki, aby doznawać nieskrępowanej już anonimowością przyjemności własnego „hejtu”. A że i listopad bliski, w staropolskiej, hubertowskiej tradycji polowań, rozpoczęli też gorące przygotowania do nagonki na Lisa.

„Hejterzy” zdołali przekonać co niektórych z nas, iż są nieodłączną, a nawet pożądaną częścią elektronicznej debaty. Iż reprezentują swoją plugawą obecnością wolność nietykalnego medium Internetu, a co za tym idzie, wolność słowa. Nieważne, że ich retoryka niewiele ma wspólnego z konstruktywną debatą społeczną, a ich wulgarne inwektywy dalekie są od ochrony spuścizny rodzimego języka. Nalegają, iż we współczesnej nomenklaturze cyfrowych mediów ich istnienie jest równie zasadne jak istnienie „lajków”, „twittów”, „blogów”, etc.



Osobiście odmawiam sobie narzucania anglosaskiej nomenklatury na coś co jest jaskrawym przejawem mowy nienawiści. Nie zamierzam uwiarygadniać istnienia ludzkiego robactwa za pomocą zapożyczonego terminu, który nie tylko próbuje ukryć prawdziwy wymiar moralny i prawny ich aktów, ale także daje im schronienie w klubowej atmosferze fenomenu nowych mediów—„hejtu”.

„Hejt” to nic innego jak nienawiść. A wypowiedź zawierająca „hejt”, to mowa nienawiści. Nie ma w tym nic nowego, nic “zajebistego”, nic odkrywczego. Nienawiść jest nienawiścią — bawiąc się w tautologię ala Gertruda Stein. A zachowanie osób używających mowy nienawiści może wyczerpywać znamiona przestępstwa z art. 190, 212 lub 216 Kodeksu karnego. Osoby posługujące się mową nienawiści są więc nie tylko odrażające moralnie, ale mogę być także w wielu przypadkach pospolitymi przestępcami.

Odmawiam używania terminu „hejtu” także z innego powodu. Ponieważ ustanawia on granice pomiędzy tym, co stanowi przypadki mowy nienawiści w Internecie, a przejawami mowy nienawiści w realu. Nie powinniśmy uznawać takich podziałów. Mowa nienawiści staje się powszechnym fenomenem w naszej rzeczywistości społecznej, w żaden sposób nieograniczonym do tzw. nowych mediów. Jest coraz powszechniejszą formą wypowiedzi bezwstydnych polityków, których instrumentalne i koniunkturalne wzbudzanie nienawiści do określonych osób i grup społecznych stało się normą retoryki wyborczej kampanii.

Wikipedia definiuje nienawiść jako „bardzo silne uczucie niechęci do kogoś lub czegoś, często połączone z pragnieniem, by obiekt nienawiści spotkało coś złego”. Jak żeby go trafił szlag. I jego żonę. I jego dzieci. Cóż może być szlachetniejszego w tak pojmowanej wersji swobodnej wypowiedzi? Jakże w takich okolicznościach nie rozciągnąć ochrony nad mową nienawiści, u której podłoża leży najpodlejsze uczucie potrzeby doświadczenia czyjejś krzywdy?

Mowa nienawiści jest przejawem ludzkiego skarłowacenia; zejściem do poziomu człowieczego robactwa — poziomu, który wymaga radykalnej deratyzacji. „Hejt” nie jest czymś fajnym, ani tym bardziej właściwym, tylko z racji tego, iż stał się powszechny. „Hejt” jest czystym przejawem mowy nienawiści i jako taki powinien stać się przedmiotem społecznego ostracyzmu, a nie przedmiotem narodowej rozrywki.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...