Czyje ośmiorniczki?

Czasem mam wrażenie, że jestem ostatnią osobą, którą interesuje wyjaśnienie niedawnej afery podsłuchowej i poznanie wszystkich zaangażowanych w nią przyjaciół królika, czy też w tym szczególnym przypadku, Sowy. Afera, która wstrząsnęła koalicją rządzącą, zachwiała pozycją premiera, doprowadziła do zdymisjonowania połowy rządu, prawdopodobnie i przegranej wyborczej prezydenta, zdaje się żyć jedynie w formie popularnych anegdot. Tak jak ta o ośmiorniczkach, podczas gdy natura całej operacji kwalifikuje ją nie do zamachu na dobry smak, ale do bezpardonowego ataku na demokratyczny ustrój RP.

Pomijając kulinarne i kuluarowe dyskusje podsłuchanych polityków, których forma i treść pozostawia wiele do życzenia, a które wzbudzają ogólnonarodowe emocje, sam fakt podsłuchiwania wydaje się wszystkim rzeczą drugorzędną, nawet oczywistą. Wyostrzana i podsycana za sprawą brukowców pasja do niczym nieskrępowanego podglądactwa, bierze górę nad pytaniami o naturę naszej demokracji i nieformalne, niekonstytucyjne siły angażujące się w sposób niejawny w procesy polityczne. Być może ulegam osobistej paranoi, ale dla mnie brak wiedzy na temat wszystkich aktorów, którzy serwowali ośmiorniczki, sprawia iż czuję ciarki na plecach i krople potu na synapsach.


Podsłuchiwanie a rebours stało się popularne za sprawą Snowdena, którego rewelacje na temat PRISM wstrząsnęły na krótką chwilę Zachodnim światem. I znów poza ujawnionymi krępującymi, często kompromitującymi dla Stanów Zjednoczonych treściami, sam akt ich publicznego udostępnienia krył w sobie o wiele istotniejsze pytanie dla funkcjonowania demokracji: czy obywatele mają prawo do ujawnienia bezprawnej inwigilacji aparatu państwa łamiąc reguły demokracji? Innymi słowy - czy podsłuchiwani mogą podsłuchiwać podsłuchujących?

Mój stosunek do inwigilacji przez aparat państwowy może kogoś zaskoczyć zdroworozsądkowym cynizmem. Szczerze—mam to gdzieś. Jeżeli agencje bezpieczeństwa tego świata chcą poznać moje ulubione strony porno, czy też szczegóły mojej następnej wizyty u dentysty, niech i tak będzie. Żyjemy w świecie globalnych zagrożeń i globalna komunikacja staje się nie tylko narzędziem wymiany informacji, ale także instrumentem działań terrorystycznych. Pisząc te słowa mogę być prawie pewien, iż w tej samej chwili, jakiś pryszczaty chiński młodzieniec próbuje włamać się do systemu NBP, albo świeżo upieczony szahid studiuje pocztę elektroniczną z instrukcjami jak zbudować IED z proszku do prania i przypraw kuchennych. Aby nie stać się
następną ofiarą tego ostatniego, jestem gotowy zaakceptować moją ograniczoną prywatność.

Prawdę mówiąc, zbieranie informacji przez aparat państwowy nigdy nie wzbudzało mojego oburzenia (oczywiście, mam na myśli demokracje). Od zawsze uważałem to ćwiczenie za właściwą formę działań wywiadowczych. Każdych działań wywiadowczych. Któż z nas nie jest “winien” googlowania tej, czy innej osoby w ramach naszych poza-profesjonalnych aktywności w sieci? I cóż w tym złego? Ano, “zło” pojawia się w sposobie w jaki legalnie zebrane informacje (zakładam, iż wszystkie agencje wywiadowcze tego świata uznają każdą zdobytą informację, za legalnie osiągniętą) są w dalszych etapach użytkowane.

Z braku rodzimych materiałów i analiz działań naszych służb wywiadowczych, jestem zmuszony odwołać się do literackiego dyptyku Toma Weinera, “Spuścizna popiołów” oraz “Wrogowie”, dokumentującego odpowiednio historie amerykańskich agencji CIA i FBI. Autor w wyczerpujący i szczegółowy sposób opisuje historię niekompetencji, bizantyjskich struktur, wewnętrznych konfliktów (zarówno w ramach agencji, jak i pomiędzy agencjami), zmieniających się politycznych priorytetów oraz uprzedzeń i idiosynkrazji głównodowodzących prowadzących do tego, iż zamiast ścigać przestępców, agencje stały się przede wszystkim instrumentami w prowadzeniu wewnętrznej lub zewnętrznej polityki państwa.
Im dłużej czyta się opasłe wolumeny Wienera, tym bardziej nasuwa się pytanie o konstytucyjną zasadność funkcjonowania agencji wywiadowczych w ramach ustroju demokratycznego. Pytanie o tyle istotne dla naszej demokracji, iż rodzimi politycy zdają się szczerze zafascynowani rozbudową systemu agenturalnego w kraju nad Wisłą. Po ABW i UOPie, sprezentowali nam CBA. Z nową koalicją na progu, mam nieodparte wrażenie, iż budowa Rzeczpospolitej podsłuchowej dopiero się zaczyna.

Dlatego warto zapytać, czy w systemie demokratycznym jest miejsce na tajne działania agenturalne, na serwowanie ośmiorniczek i mikrofonów? Jakiż z nich pożytek? Po pierwsze, każde z takich działań niesie ze sobą nieprzewidziane konsekwencje, których negatywny, długoterminowy skutek najczęściej przeważa tymczasową korzyść. Po drugie, ze swej natury, tworzą one swoistą tajemną i agenturalną kulturę, gotową zwrócić się wzajemnie przeciwko sobie, ale co gorsza, także przeciwko systemowi demokratycznemu, które je stworzył. A przynajmniej przeciwko jego konstytucyjnym podstawom.

Dlatego też wydarzenia ostatniego roku związane z aferą podsłuchową i ich ostateczne wyjaśnienie powinny stać się priorytetem naszej młodej demokracji, a nie przedmiotem partyjnej walki politycznej. Tak długo jak działania agentur w Polsce (jakichkolwiek agentur) nie będą skupiały się wyłącznie na chwytaniu przestępców, ale będą nadal przedmiotem prowadzenia wewnętrznej polityki państwa, tak długo będziemy też kultywować bezprawne, tajemne i anty-demokratyczne siły w ramach ustroju demokratycznego. Jeżeli kogoś nie przeraża ta wizja, odsyłam do lektury Wienera. I Johna Le Carre.
Trwa ładowanie komentarzy...